niedziela, 23 kwietnia 2017

Chojnice, krzyżacki tryumf

Chojnice to jedno z nielicznych miast, które nie jest położone nad żadną rzeką, Może to wydawać się dziwne, bo w czasach wczesnego średniowiecza,  gdy zakładano miasta brano pod uwagę rzeki jako źródło wody, ryb, jako wygodną drogę, a później także jako źródło energii zasilające młyny wodne. Usytuowanie Chojnic właśnie w tym miejscu musiało więc mieć inne przyczyny. Prawdopodobnie taką przyczyną umiejscowienia w tym miejscu pierwszej osady było istnienie przesmyku między dwoma jeziorami przez, który wiódł ważny szlak handlowy. W czasach kiedy nie było szos ani szybkich pojazdów mechanicznych ludzie musieli podróżować pieszo lub korzystać z wierzchowców lub zwierząt pociągowych. Dawni podróżnicy  wyszukiwali, więc jak najkrótsze przejścia i szlaki. Okrążanie jeziora wiązało się dla nich z uciążliwą wielogodzinną lub wielodniową wędrówką. Dzisiaj wprawdzie nie ma już tych jezior, pewnie zostały osuszone  wraz z rozwojem terytorialnym miasta ale Chojnice  jak najbardziej są.







W XIV wieku Krzyżacy powiększyli i ufortyfikowali solidnie  miasto, bo w tamtym czasie droga wiodąca przez przesmyk przestała być wyłącznie szlakiem handlowym ale stała się jakby bramą wjazdową do państwa zakonnego. Chojnice bardzo na tym zyskały, bo przejeżdżali tamtędy wszyscy niemieccy kupcy handlujący z Zakonem, wszyscy zwerbowani w Europie nowi członkowie Zakonu i wszyscy goście Zakonu zapraszani na krucjaty przeciw poganom.



To właśnie pod murami Chojnic doszło w 1454 roku do nieszczęsnej dla Polaków bitwy. Związek Pruski wypowiedział Krzyżakom posłuszeństwo i opanował wszystkie podległe im miasta z wyjątkiem Malborka, Sztumu i Chojnic właśnie. Siła militarna Zakonu właściwie nie istniała od czasu bitwy pod Grunwaldem, więc wielki mistrz przeznaczył wszystkie dostępne środki na wynajęcie wojsk zaciężnych, głównie z Niemiec, Czech i Śląska. Te posiłki dla Krzyżaków miały nadciągnąć przez Chojnice. Kazimierz Jagiellończyk. Który poparł Związek Pruski ruszył więc pod Chojnice i podobno rozpoczął oblężenie, tak przynajmniej piszą historycy. Na ile jest to zgodne z prawdą nie wiadomo, bo król nie miał ze sobą wojska tylko pospolite ruszenie, nie mógł więc poważnie myśleć o zdobyciu potężnie ufortyfikowanego miasta, nie wiadomo też jak było wtedy z tymi jeziorami lub bagnami między, którymi miasto leżało. Prawdopodobnie można było fortecę jakoś obejść, bo gdy z zachodu nadeszły wynajęte przez Krzyżaków wojska Polacy uderzyli na nie, żeby ich nie wpuścić do miasta. Niestety spontaniczny atak pospolitego ruszenia na regularne oddziały dobrze dowodzonego wojska pomimo przewagi liczebnej nie sprawdził się. Poza tym Polacy nie mieli chyba żadnego planu bitwy, ani żadnego dowodzenia, podobno decydujące było uderzenie załogi Chojnic na nie zabezpieczone polskie tyły. Wywołało to panikę i ucieczkę, podczas której zginęło lub potopiło się w bagnach około trzech tysięcy Polaków, wśród nich wielu znanych rycerzy. Król zdołał uciec i zatrzymał się dopiero w Bydgoszczy.
Piszą wszędzie, że bitwa ta była epizodem wojny trzynastoletniej, chyba jednak trzeba spojrzeć na sprawę inaczej. To zwycięstwo i samo istnienie zaciężnej i zwycięskiej armii podniosło ducha w Krzyżakach i pozwoliło im jeszcze przez 13 lat powadzić wojnę.



niedziela, 5 marca 2017

Templariusze odrodzeni

W powszechnej opinii po rozwiązaniu Zakonu w 1314 roku w wyniku intrygi francuskiego króla Filipa IV Pięknego i papieża Klemensa V, który był od tego króla mocno zależny Templariusze przestali istnieć. Wielki Mistrz wraz z wieloma członkami kapituły został spalony w Paryżu, część zakonników uwięziono, a część wcielono do zakonu Joanitów. Wiele bogatych posiadłości Templariuszy zagarnęli lokalni władcy w Anglii, Francji, w krajach niemieckich, na Węgrzech. Wszyscy królowie, książęta i biskupi mieli duży apetyt na skarby zakonu, który stał się pierwszym międzynarodowym bankierem Europy, wszyscy oni  obawiali się potęgi ekonomicznej i niezależności Templariuszy. Oczywiście kasata zakonu nie mogła następować w całej Europie jednocześnie, nie było przecież wtedy Internetu ani telefonów, więc wiadomości rozchodziły się z prędkością jadącego na koniu posłańca.

W Portugalii daleko za niedostępnymi Pirenejami sytuacja Templariuszy wyglądała inaczej. Stanowili oni tam przede wszystkim potęgę militarną, ciągle toczyli walki z Maurami wypierając ich z Półwyspu Iberyjskiego, więc dysponowali siłą zbrojną, z którą wszyscy musieli się liczyć. Dlatego król Portugalii przekształcił Zakon Templariuszy w swoim kraju w Zakon Rycerzy Chrystusa, sam zostając jakby jego wielkim mistrzem i pozostawił im wszystkie posiadłości ziemskie wraz z główną portugalską siedzibą Templariuszy w miejscowości Tomar, którą sami założyli w XII wieku. W Tomarze znajduje się oryginalna świątynia, którą zbudowali Templariusze, jedyna taka na świecie o kształcie szesnastokątnej rotundy.



Tak więc templariusze w 1314 roku wcale nie zniknęli do końca, pod koniec XIV i na początku XV wieku, już jako Rycerze Zakonu Chrystusa, gdy ich Wielkim Mistrzem był książę Henryk Żeglarz zasłużyli się podczas portugalskich, \zamorskich podbojów, które sponsorowali.

sobota, 7 stycznia 2017

Dużo może jeden człowiek

Latem 1993 roku Greg Mortenson brał udział w wyprawie, która miała wejść na górę K2 w Karakorum. Wtedy był jeszcze himalaistą. Z różnych względów na górę wleźć mu się nie udało, a gdy wracał z wyprawy osłabiony i wycieńczony zawędrował do nieznanej mu pakistańskiej wioski. Można powiedzieć, że powierzył swoje życie obcym ludziom, bo bardzo potrzebował wypoczynku i jedzenia. Mieszkańcy wioski niczego mnie mili w nadmiarze, jednak nie szczędzili mu pożywienia i zaopiekowali się nim. Dochodził do siebie okryty najcieplejszą kołdrą w całej wiosce. Gdy wróciły mu siły zaczął spacerować po wiosce i przyglądać się życiu jej mieszkańców.


Bardzo się wzruszył, gdy zobaczył pilnie uczące się dzieci. Ich chęć i zapał do nauki były tak wielkie, że uczyły się tabliczki mnożenia siedząc w kręgu na gołej ziemi i bez nauczyciela, który przychodził do wioski tylko dwa razy w tygodniu. Pakistański rząd nie zbudował szkoły dla setki dzieci w tej wiosce, której nie było stać na utrzymanie nauczyciela. Lekcje na wolnym powietrzu można było kontynuować tylko w lecie, bo przez resztę roku w tej górskiej dolinie nad dopływem Indusu jest za zimno. Greg Mortenson tak się przejął losem tych północno-pakistańskich dzieci, że obiecał mieszkańcom wioski, że zbuduje im szkołę i w tym momencie przestał być himalaistą.

Co roku przez wioski w górach Karakorum przechodzą dziesiątki wypraw i setki ludzi, którzy idą zdobywać szczyty. Są regiony Pakistanu, które żyją z zaopatrywania tych wypraw. Wszyscy ci himalaiści doskonale widzieli nędzę pakistańskich wieśniaków, żyjących w dolinach Karakorum, na pograniczu z Indiami. Wielu z nich obiecało zrobić coś, żeby im pomóc,  jednak żaden nie traktował tych obietnic poważnie i po powrocie do swych krajów zapominali o  całej sprawie. Greg Mortenson wziął sobie obietnicę do serca. Trzeci raz wymieniłem jego nazwisko, ale uważam że trzeba o nim dużo mówić, bo to gościu wyjątkowy.

Po powrocie do Kaliforni zaczął się zastanawiać jak spełnić obietnicę, potrzebował przede wszystkim pieniędzy. Z wykształcenia jest sanitariuszem, a jego wielką pasją była wspinaczka. Między jedną górską wyprawą, a drugą pracował na dyżurach w różnych szpitalach. Nie wynajmował nawet mieszkania, bo szkoda mu było pieniędzy, które wolał przeznaczać na swoje górskie eskapady. Dla zdobycia funduszy na budowę szkoły wysyłał setki listów do celebrytów, pisarzy, prezenterów, itp. Efekt tych listów był mizerny, a właściwie żaden. Fundusze zdobył dopiero po tym jak jego znajomy opublikował w czasopiśmie dla miłośników gór artykuł, w którym przedstawił jego historię i plany.


Oczywiście od zdobycia funduszy była jeszcze daleka droga do budowy szkoły Trzeba było wytargować i zakupić materiały budowlane na pakistańskich bazarach, co wcale nie jest łatwe. Trzeba było również przetransportować te  materiały w niedostępne góry niebezpiecznymi drogami, z których większość wiedzie na przepaścią. Szlak, po którym Mortenson musiał jechać to najwyżej położona droga na świecie. Zarówno kupując jak i transportując materiały budowlane były himalaista potrafił zjednać sobie przypadkowych ludzi i przekonać ich do idei budowy szkoły dla biednych, wiejskich dzieci. Angażując całą siłę swojej woli i całą swoją pasję, którą do tamtego czasu poświęcał wyprawom wspinaczkowym, pokonując wiele problemów doprowadził do zbudowania szkoły we wsi Korphe.


W trakcie realizacji swojej obietnicy przekonał się, że szkół brakuje w wielu górskich wioskach na północy Pakistanu. Postanowił poświęcić resztę życia, żeby to zmienić. Greg Mortenson twierdzi, że jest to jedyna dobra metoda walki z terroryzmem, jedyny sposób, żeby odciąć napływ ciemnych, niewyedukowanych ochotników do fanatycznych organizacji talibów. Dzięki jego staraniom i zaangażowaniu zbudowano już w górskich wioskach kilkadziesiąt szkół. Jego upór i silna wola pozwoliły zjednoczyć ludzi różnych narodowości i różnych religii. Doprowadził nawet do tego, że szyickie duchowieństwo wspiera go w budowaniu szkół dla dziewczynek.

piątek, 18 listopada 2016

Co wiesz o bitwie pod Falaiase?

Polacy mają spore zaległości w wiedzy nie tylko o kampanii wrześniowej, Ale także o historii walk polskich żołnierzy na froncie zachodnim. Wszyscy wprawdzie słyszeliśmy o bitwie pod Monte Cassino, która nie była niczym innym, jak krwawym chrztem bojowym - próbą - dla wojsk gen. Andersa, porównywalnym do bitwy pod Lenino. Jednak dzieje wielu innych bitew toczonych przez polskie formacje bojowe, pozostają dla wielu z nas nieznane.

Dzięki serialowi „Czterej Pancerni i pies” bardzo wyrywkowo poznaliśmy kampanię wojsk radzieckich i Ludowego Wojska  Polskiego wyzwalających ziemie polskie i dość jednostronnie. To „wyzwalanie” nie zawsze wyglądało tak jak opisywał je pan Przymanowski, autor „Czterech Pancernych i psa”. Często też autor powieści wyolbrzymiał sukcesy „naszych” wojsk.  W opisywanej w tej książce w bitwie pod Studziankami brała udział polska formacja pancerna, na ile dobrowolnie i na ile samodzielnie – można by dyskutować, ale Polacy ginęli tam na pewno bezdyskusyjnie. Bitwa pod Studziankami (obecnie Studzianki Pancerne) nie była wielką bitwą. Można ją nazwać epizodem rozdmuchanym przez radziecką propagandę.


Niewielu Polaków wie – no, bo niby skąd? -  że dokładnie w tym samym czasie, również w połowie sierpnia 1944 roku setki kilometrów na zachód od Studzianek, pod Falaise miała miejsce prawdziwie wielka bitwa pancerna. Nie jest to jakoś nigdzie  nagłaśniane ani upamiętniane ale udział w niej wzięła samodzielna polska Dywizja Pancerna gen. Maczka, która odegrała w tej bitwie znaczącą rolę. Zamknęła ona pierścień oblężenia wokół dwóch niemieckich armii. W wyniku tej bitwy dziewięć niemieckich dywizji zostało rozbitych, a 40 tysięcy żołnierzy  dostało się do niewoli. Polska dywizja straciła 80 czołgów, zginęło 500 żołnierzy, a ponad 1000 zostało rannych.


sobota, 22 października 2016

Kościół pokoju

W pierwszej połowie XVII wieku przetoczyła się przez Europę wyniszczająca wojna trzydziestoletnia, która toczyła się pod hasłami religijnymi. W zasadzie miała inne podłoże niż religijne ale do mordowania w imię religii łatwiej było ludzi namówić. Był to stary, wielokrotnie już sprawdzony sposób. No i mordowali się ludziska bardzo skutecznie, mordowali się totalnie, protestanci – katolików, katolicy - protestantów, sąsiedzi – sąsiadów. Głównie ginęła ludność cywilna, wyludniały się całe wsie i miasteczka, szalały pożary i zarazy.
Gdy połowa ludności na terenach objętych działaniami „wojennymi” uległa już zagładzie, ci którzy rozpętali tę wojnę chyba się trochę opamiętali. Może nawet trochę się przestraszyli skutkami tego co wywołali. Zaczęli czynić pokój na ziemi i dzielić Europę na katolicką i protestancką. Część Śląska, gdzie żyło wielu ewangelików przypadła w udziale katolickiemu Habsburgowi, cesarzowi Ferdynandowi III, który natychmiast odebrał ewangelikom wszystkie kościoły, ponieważ wcześniej były one katolickie.
Nie chcąc jednak wywoływać nowej wojny katolików z ewangelikami, którzy nie mieli gdzie się modlić uległ namowom władców państw ewangelickich i zezwolił ewangelikom na budowę trzech kościołów nazwanych później kościołami pokoju. Nie do końca jednak cesarz kochał ewangelików, dlatego do pozwolenia dołączył kilka warunków:
·        kościół musiał być lokowany poza murami miasta, oddalony od nich na odległość strzału armatniego,
·        nie mógł mieć dzwonnicy,
·        nie mógł posiadać szkoły parafialnej,
·        nie mógł mieć bryły przypominającej kościół,
·        musiał być zbudowany z materiałów nietrwałych (drewna, słomy, piasku, gliny),
·        okres budowy nie mógł przekroczyć 1 roku.
Kościoły jednak powstały w Głogowie Jaworze i Świdnicy, dwa z nich stoją do dzisiaj, a ten w Świdnicy jest wpisany na światową listę dziedzictwa kultury Unesco.












Rozmiary kościoła, mogło się w nim naraz pomieścić ponad 7 tysięcy wiernych - wynikają z priorytetów jego budowniczych – mogli zbudować tylko 3 kościoły dla wszystkich ewangelików w tym regionie. Dzwonnicę dobudowano dopiero po 50 latach.



Kościół cały czas należy do parafii ewangelicko – augsburskiej, a w 1998 roku odwiedzili go wspólnie kanclerz Helmut Kohl i premier Tadeusz Mazowiecki, którzy spotkali się w ramach polsko niemieckiego pojednania.







poniedziałek, 10 października 2016

Assaye, początki Żelaznego Księcia

Tak samo jak największą mniejszością narodową w Irlandii są Anglicy, największą mniejszością narodową w Anglii są Hindusi. W przypadku Irlandii nie wydaje się to niczym nadzwyczajnym, wszak Anglia jest bardzo blisko, jednak w przypadku Anglii i Indii, kraje te są od siebie dość odległe. Duża liczba hinduskich imigrantów wynika z długotrwałego (kilkusetletniego) związku między Anglią i Indiami. Dosadnie mówiąc związek ten polegał na brutalnym podbijaniu, ujarzmianiu i okupowaniu Indii przez Anglików, chociaż w oficjalnych komunikatach i publikacjach jest to określane bardziej oględnie.
To właśnie podczas tego podbijania Hindusów zdobywał sławę Artur Wellesley, późniejszy książę Wellington – pogromca cesarza Napoleona Bonaparte. Na początku XIX wieku Indie nie były jeszcze jednolitym krajem ale raczej federacją mniejszych królestw, a ludność miała raczej ograniczoną świadomość przynależności narodowej. Jedne królestwa sprzymierzały się z Anglikami sądząc, że umożliwi im to dalsze funkcjonowanie i rozwój, a inne zdawały sobie sprawę, że takie sprzymierzenie oznacza dominację Kompani Wschodnioindyjskiej  i angielską okupację.
W 1803 roku Artur Wellesley wyruszył z niewielką armią, żeby spacyfikować takie właśnie królestwa, które nie zamierzały poddać się dobrowolnie Anglikom. Kilka sprzymierzonych ze sobą królestw zaczęło się zbroić i tworzyć wielką armię, jej dowodzenie oraz wyszkolenie powierzyli europejskim oficerom. Przeważnie byli to dezerterzy z królewskiej armii angielskiej lub z wojsk Kompani Wschodnioindyjskiej, którzy przeszli na stronę Marathów – sprzymierzonych przeciw Anglikom królestw. skuszeni wysokim wynagrodzeniem i możliwością awansu.
Zbuntowane przeciw brytyjskiej ekspansji Marthhy gromadziły więc ogromną armię, na którą składały się oddziały Sipajów dowodzone przez najemników, artyleria (ponad 100 armat) i oddziały Arabów. Przeważającą część tej armii (około  80 tysięcy) stanowili jeźdźcy, których morale było raczej słabe, nie nadawali się do szarży na uzbrojonych żołnierzy, ale byli zdolni do ścigania, zabijania i grabieży. Była to więc typowa armia najemna, po części skuszona zapłatą, a po części łupami.
Między gromadzącą się armią Marathów, a wojskiem brytyjskim (brytyjskim z nazwy, bo składało się w większości z Hindusów) pod dowództwem Artura Welesleya znajdowało się mocno ufortyfikowane miasto Ahmednagar. Obrońcy liczyli na to, że jego zdobywanie potrwa kilka tygodni, najgorsi pesymiści spodziewali się, że potrwa to trzy dni – dwa na zrobienie wyłomu w murach i jeden na szturm, ale nikt nie przypuszczał że zdobycie miasta potrwa 20 minut.
Mimo dużej ilości armat i strzelców na murach Welesley rozkazał swoim żołnierzom szturmować je za pomocą drabin, gdy tylko jego armia podeszła pod miasto. Nie było żadnego oblężenia ani ostrzeliwania, przystawiono 4 (cztery) drabiny, po których szkoccy żołnierze wdarli się za mury, zdobyli bramę i wpuścili armię do miasta. Decyzja o szturmie po drabinach była ryzykowna, ale powodzenie szturmu złamało ducha i podkopało morale nie tylko w obrońcach, lecz także w całej gromadzącej się hinduskiej armii. Welesley przekonał się , że szybka decyzja jest lepsza niż  mądra i przemyślana, bo taka mogłaby być spóźniona.
Później zastosował taką samą taktykę pod Assaye, gdzie zgromadziła się cała armia zbuntowanych Marathów. Zaatakował ją z marszu pomimo, że była prawie 10 razy liczniejsza od jego wojska i wyposażona w dużo większą liczbę armat. Nie czekał na przybycie swoich odwodów, które były w pobliżu i mogły podwoić jego siły. Uderzył z tymi żołnierzami, których miał przy sobie nie zostawiając Marathom czasu ani inicjatywy. Zaryzykował natychmiastowy atak i wiele zaryzykował, sam uczestniczył w szarży i zabito pod nim dwa konie.


Hinduscy wodzowie  ufając ogromnej przewadze liczebnej nie spodziewali się bitwy pod Assaye przegrać. Mieli ustawione w linii wojska i armaty i brakowało im elastyczności, żeby odpowiednio zareagować na wściekły atak Brytyjczyków w jedno konkretne miejsce. Niewątpliwie  pomogły  też wieści o szybkim zdobyciu Ahmednagar, które wzbudzały w Hindusach respekt. Morale ich żołnierzy było już tak słabe, że zdecydowana szarża niewielkich wojsk Welesleya wywołała ich popłoch, porzucenie wszystkich armat i ucieczkę.



wtorek, 9 sierpnia 2016

Zapomniany szpieg

Warto jednak o nim przypominać, bo jego krótki życiorys jest oszałamiający i wzbudza ogromny szacunek. Jako 16 letni chłopiec w 1824 roku Jan Prosper Witkiewicz  przebył straszną drogę na zesłanie. Szedł pieszo z Moskwy do twierdzy granicznej cara Mikołaja I w Orsku na skraju stepów kazachskich. Ponad tysiąc kilometrów wędrówki trwało kilka miesięcy, cały czas w kajdanach i skuty z innymi zesłańcami. Ta wędrówka z kajdanami na nogach i rękach sama w sobie była dotkliwą karą dla ucznia gimnazjum za napisanie kilku patriotycznych wierszy i Witkiewicz przeżył ją jakoś chyba tylko dlatego, że odbyła się latem, a nie zimą. Po dotarciu do celu - Orska, jednak wcale nie zrobił się fajniej.


Witkiewicz był stryjem sławnego Witkacego, którego nie miał szans poznać ani nawet się o nim dowiedzieć. Poza tym pochodził z rodziny szlacheckiej, jego ojciec był marszałkiem sejmiku powiatowego, no i pisał wiersze, był więc młodzieńcem wrażliwym i szczerym polskim patriotą. Bardzo bolesne musiało być dla niego skazanie na dożywotnią służbę bez możliwości awansu w wojsku znienawidzonego caratu. Świat musiał mu się wydać piekłem, gdy po dotarciu do Orska zdjęto mu kajdany i poddano okrutnemu i upokarzającemu szkoleniu rekruckiemu, tym bardziej że dręczyli go i pouczali prości i ograniczeni sołdaci, którzy byli wciągnięci do wojska siłą i uważali się za skrzywdzonych. W zesłańcach przedstawianych oficjalnie jako wichrzycieli upatrywali oni pośredniej przyczyny swojego przymusowego poboru.
Po okresie rekruckim Witkiewicz odbywał służbę ochrony granicy imperium i ekspedycji oraz karawan. Na południe od Orska nie było żadnych osad tylko stepy i pustynie, po których przemieszczały się ludy koczownicze. Dla młodego Witkiewicza wyjazdy na pustynię były tajemnicze i ekscytujące, stanowiły odskocznię od znienawidzonej carskiej służby i garnizonowego drylu. Bardzo te wypady na pustynię polubił, zwłaszcza gdy stwierdził, że w twierdzy nie może swobodnie rozmawiać nawet z rodakami innymi zesłańcami, bo wielu z nich przeszło na prawosławie i odżegnywało się od Polski. Całą swoją sympatię przelał więc na wolne ludy koczowników, uczył się ich obyczajów i języków, zdobył sobie również ich szacunek, nadali mu imię Batyr. Gdy w Polsce wybuchło Powstanie Listopadowe Witkiewicz miał 22 lata,. a potrafił się już porozumiewać z Kirgizami, Kazachami, Afgańczykami, Arabami i Persami. Jego znajomi twierdzili, że łącznie z europejskimi znał 19 różnych języków.
Nadzwyczajne  umiejętności Witkiewicza postanowiły wykorzystać carskie służby wywiadowcze w rywalizacji z Brytyjczykami o  wpływy na Bliskim Wschodzie. Awansowali go i uwikłali w rozgrywki dyplomatyczne w Iranie i Afganistanie. Witkiewicz znalazł się w trudnej sytuacji, pełnej dylematów moralnych. Z jednej strony nienawidził caratu, a także nie chciał zawieść ludzi z pustyni, których carski wywiad zamierzał w swoich gierkach wykorzystać, a z drugiej jako carski oficer musiał się wykazywać sukcesami. Wysyłano go na samodzielne misje, między innymi do Buchary i Kabulu i być może zaczął także współpracę z wywiadem brytyjskim. W tamtym czasie wielu patriotów polskich, którzy musieli żyć na emigracji uważało, że wciągnięcie Rosji w wojnę z Anglią dobrze przysłuży się Polsce, może Witkiewicz również chciał doprowadzić do konfliktu między tymi mocarstwami.
Przyczyna jego śmierci do dzisiaj budzi kontrowersje. Absolutnie nie do przyjęcia jest wersja o samobójstwie podana przez oficjalną carską propagandę. Dlaczego Witkiewicz miałby jechać aż tysiąc kilometrów do Petersburga, żeby wkrótce po przyjeździe się zastrzelić? Tym bardzie, że miał wtedy 31 lat i nie można powiedzieć, żeby miał słaby charakter, bo przecież przeżył morderczą drogę na miejsce zesłania oraz ogłupiające i upokarzające szkolenie w carskim wojsku. Równie mało wiarygodna jest wersja, że zgładzili go Anglicy. No bo niby dlaczego nie zrobili tego wcześniej, tysiąc kilometrów od Petersburga? Specjalnie czekali aż dojedzie do centrum imperium, które jak żadne inne miejsce było nasączone carskimi szpiclami? Prawdopodobna jest tylko opcja, że zgładziły go same carskie służby. Uznały, że jego wiedza o ich dotychczasowej działalności oraz jego umiejętności są dla nich zbyt niebezpieczne. Zwłaszcza, że Witkiewicz nigdy się do końca nie zrusyfikował, nie akceptował faktu że w carskiej armii Mikołaja I nie do pomyślenia było, żeby oficer o niższym stopniu nie był służalczy wobec oficera wyższego stopniem.