sobota, 24 stycznia 2015

Wielki dzień małej floty

Bitwa pod Oliwą to raczej drobna potyczka o niewielkim znaczeniu dla losów wojny, jednak jej propagandowe znaczenie było ogromne. Pojawienie się na Bałtyku polskiej floty wojennej, było dla Szwedów wyraźnym znakiem, że to morze nie jest jeszcze wewnętrznym szwedzkim jeziorem. Okazało się, że niewielka flota wojenna polskiego króla, pomimo że nie miała żadnych morskich tradycji, potrafi skutecznie działać przeciwko dobrze zorganizowanej flocie szwedzkiej, posiadającej bogatą historię obecności na morzu.
Polski król miał jednak zbyt słabą pozycję, żeby wymusić na szlachcie dłuższe finansowanie tej floty. Poza tym powstała ona wbrew woli rajców gdańskich i była solą w oku wszystkich kupców hanzeatyckich, którzy uważali, że wojna szkodzi interesom. Kupcy i ich pieniądze miały duży wpływ na skrócenie żywota polskiej floty wojennej, Miała ona jednak swój wielki dzień 28 listopada 1627 roku, kiedy to w potyczce pod Oliwą zdobyła szwedzki okręt „Tigern” i zniszczyła „Solen”.

„Galeony wojny” to powieść historyczna Jacka Komudy opisująca polską flotę wojenną tego okresu i liczne jej bolączki. Ten młody człowiek pasjonuje się historią i tradycjami oręża polskiego, ponieważ jednak niewiele osób sięga po książki historyczne Komuda w każdą swoją powieść wplata wątek sensacyjno kryminalny. Akcje jego powieści toczą się przeważnie na kozaczyźnie i kresach wschodnich. Niepochlebnie wyraża się o Henryku Sienkiewiczu i braku jego znajomości historii i obyczajów szlachty polskiej. Moim zdaniem całkiem niepotrzebnie, bo przecież Sienkiewicz wcale nie był historykiem. W czasach kiedy pisał trylogię Polska przecież  nie istniała. Sienkiewicz nie miał na celu opisania wydarzeń historycznych, tylko wzbudzenie świadomości narodowej. Pokrzepienie serc jak mówią niektórzy. Moim zdaniem udało mu się znakomicie.

"Sabaton" nie zaśpiewa o bitwie pod Kircholmem

„Żadna armia nie stanie na ziemi bronionej przez Polskie Wojsko, dopóki nie przypadnie czterdziestu najeźdźców na jednego obrońcę”. Bardzo piękne i patriotyczne słowa. Wzniosłe. Można powiedzieć, że godne polskiego utworu. Sławiącego polski naród.  Tymczasem to szwedzka kapela rockowa „Sabaton” zajęła się promowaniem bohaterstwa polskich żołnierzy w kampanii wrześniowej. Dlaczego nie robią tego sami Polacy? Czyżby ze skromności ? Przecież w naszej historii wiele jest przykładów, z których możemy być dumni i wszyscy poczulibyśmy się lepiej, gdyby zostały one rozpropagowane i wypromowane, niekoniecznie przez obcych.

To zastanawiające dlaczego wielkie historyczne bitwy, w których Polacy odegrali chwalebną rolę, na przykład: bitwa pod Chocimiem, pod Mokrą lub nad Bzurą itp. nie stały się jeszcze tematem filmów lub innych publikacji propagandowych. Wpłynęłoby to na pewno na naszą świadomość narodową i pozwoliłoby poczuć dumę z tego, że jesteśmy Polakami. Funkcjonuje w naszym kraju Instytut Pamięci Narodowej ale działa on jakby w drugą stronę. Nie możemy być dumni z postaci, które on wytropi. Szkoda, że IPN działa w taki sposób. Trudno przecież wymagać od innych narodów sławienia polskiego oręża. Szwedzki zespół raczej nie wykona utworu o klęsce Szwedów i to takiej klęsce jak na przykład pod Kircholmem. Chodkiewicz z małą armią polską, pokonał 3 razy większą armię Szwedów i wybił ich. Po bitwie naliczono podobno 100 zabitych Polaków i 9.000 Szwedów, było więc 90 zabitych na 1.


Doczekało się ekranizacji wiele dzieł  literackich, prawie każdy wie kto to był Kmicic, chociaż go nigdy nie było, ale już nie tak wielu wie kto to był Chodkiewicz. Prawie w każdym polskim mieście jest ulica Chodkiewicza ale gdy zapytasz na przykład jakiegoś studenta kim on właściwie był, to nie wiem co Ci odpowie. To filmy a nie książki są dzisiaj nośnikiem wiedzy, także historycznej niestety nie wszyscy mają świadomość, że są one także elementem propagandy i nigdy nie przedstawiają całkowitej prawdy. Nawet filmy dokumentalne pokazują tylko tę część prawdy, którą chciał nam pokazać producent.


Dziwnym może się wydawać, że podczas gdy o polskim wojsku i jego działaniach powstało w Polsce mniej filmów niż o zwycięstwach wojsk radzieckich. Za sprawą „Czterech pancernych” więcej przecież wiemy o ofensywach sowietów niż o kampanii wrześniowej. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że film powstał w Polsce Ludowej i przedstawiona w nim wersja historii odpowiada tamtej władzy, której już nie ma. Może więc nadszedł już czas, żeby w końcu przedstawić polską wersję wydarzeń. Pokazać na filmie jak naprawdę wyglądało „wyzwolenie” Polski przez armię radziecką.

wtorek, 20 stycznia 2015

Wojna trwa zawsze na Kaukazie

Zawsze byłem zafascynowany reportażami Ryszarda Kapuścińskiego. Imponowało mi, że on, dziennikarz z Polski miał okazję rozmawiać z takimi ludźmi jak Idi Amin, Haile Sellasje czy Luis Armstrong. Pochłaniałem jego relacje z Ameryki Południowej i Afryki, a także te zza naszej wschodniej granicy, bo Kapuściński i tam podróżował. Ze swojej pierwszej swojej podróży do Związku Radzieckiego napisał zbiór reportaży „Kirgiz schodzi z konia”, później był tam jeszcze raz i napisał „Imperium” - reportaże o upadku ZSRR.

O ile jednak Kapuściński odbywał podróże do odłączających się republik, to inny nasz rodak Wojciech Jagielski po prostu tam przebywał, głównie na Kaukazie. Podczas gdy większość korespondentów wojennych z całego świata jeździła na Bałkany obserwować wojnę w byłej Jugosławii, on całe miesiące spędzał w Tbilisi, Erewanie, Baku, Machaczkale, Groznym, itd. Nawiązywał znajomości, rozmawiał z ludźmi, opłacał ochronę na terenach objętych konfliktem. Na terenie całego Kaukazu porywanie ludzi dla okupu stało się powszechnym i bardzo dochodowym procederem.


Jagielski opisał swoje kaukaskie spostrzeżenia w dwóch książkach „Dobre miejsce do umierania” i „Wieże  z kamienia”, które pozwalają, przynajmniej mi pozwoliły, pogłębić i uporządkować wiedzę o tym zakątku świata. Nie muszę już bezkrytycznie wierzyć w chaotyczne doniesienia mediów na temat incydentów w tym rejonie. Na Kaukazie na terytorium nie większym od Polski żyje około stu bardzo wojowniczych i kłótliwych narodów, które wyznają różne religie. Czasami nawet część jednego chrześcijańskiego narodu zmienia wyznanie i staje się muzułmanami, jak na przykład Adżarowie w Gruzji.

Dlatego wojna na Kaukazie tli się zawsze i tłumiona jest tylko przez żelazną rękę okupanta. Dopóki okupantem było imperium rosyjskie był tam względny spokój, ale gdy osłabło konflikty wybuchły z nową siłą. Nowo powstałe imperium radzieckie musiało Kaukaz od początku podbijać. Dopóki było mocne trwał pokój, a gdy zaczęło słabnąć, drżeć w posadach i rozpadać się na Kaukazie znowu zawrzało. Generałowie rosyjscy umiejętnie wykorzystują i podsycają nastroje narodowościowe, żeby jak najwięcej uzyskać dla siebie.

Dużo musieli wycierpieć Ingusze. Po zakończeniu II wojny światowej Stalin wygnał z Kaukazu całe narody, które jego zdaniem wykazały zbyt słabą wolę walki w obliczu zbliżających się wojsk hitlerowskich. Zesłał te narody, wśród nich Inguszy na pustynie Kazachstanu i na Syberię. Połowa zesłańców wyginęła, jednak minął czas Stalina i władze pozwoliły zesłanym narodom wrócić na Kaukaz. Okazało się wtedy, że podczas gdy Czeczeni na przykład zastali swoje domy zapuszczone, a pola zarośnięte, to Ingusze nie zastali ich wcale, bo podczas ich nieobecności część ich ziem znalazła się w granicach Osetii.


Sporo wycierpieli również Ormianie, jedni z pierwszych chrześcijan, którzy uważają się za bezpośrednich potomków Noego, ponieważ w okolicach Armenii osiadła po potopie biblijna Arka. Po pogromach w Turcji na początku XX wieku, w których zginęło ich około 1,5 miliona, rozeszli się po całym świecie. Jednak gdy pogromy zaczęli urządzać Azerowie spokrewnieni z Turkami, Ormianie powiedzieli – dość i chwycili za broń. Wygnali mniejszość Azerską z Górskiego Karabachu i pomimo, że oficjalnie jest on częścią Azerbwejdżanu, w rzeczywistości jest autonomiczny. Obecnie można do Górskiego Karabachu wjechać tylko od strony Armenii, bo granica z Azerbejdżanem jest zamknięta.

Samarkanda - stolica okrutnika

W tym samym czasie gdy w Polsce miłościwie panował Władysław Jagiełło, daleko na wschodzie, za Uralem budował swoje imperium Timur zwany także Tamerlanem. Budował je nie za pomocą handlu i dyplomacji ale za pomocą wojny, terroru i okrucieństwa, co wcale nie przeszkadzało podbijanym narodom (przynajmniej tym, którzy z tych narodów przeżyli) nazywać go Panem Świata. Pan Świata był wprawdzie analfabetą i kaleką    (po otrzymanych w bitwie ranach miał niesprawną jedną rękę i jedną nogę) ale duch się w nim tlił nieugięty  i wolę miał przepotężną. Podobno nieźle grał w szachy i słynął też z tego, że zawsze dotrzymywał słowa, które dawał załogom oblężonych twierdz, żeby zmusić je do kapitulacji.



Oto jeden z przykładów dotrzymywania słowa przez  Timura, który znalazłem w wikipedii: "Straszny los spotkał osmańską załogę miejscowej twierdzy złożoną z około trzech tysięcy ormiańskich sipahi w służbie tureckiej. Przed kapitulacją Timur przyrzekł im, że nie przeleje ich krwi. Gdy się poddali, zakuto ich w kajdany, wrzucono do specjalnie wykopanych rowów i zasypano ziemią, dowódców zaś utopiono w studni. Nie było więc rozlewu krwi" Zapewne w innych przypadkach wyglądało to dość podobnie. Tak więc można powiedzieć, że Timur dokonywał podbojów stosując okrucieństwo, nigdy nie miał skrupułów, żeby każąc  zabijać tysiące ludzi, a ich głowy poukładać w ogromne, odstraszające stosy. Dzięki temu później strach przed nim go wyprzedzał i walczył za niego.




Miał jednak Timur pewną słabość, w związku z tym, że uważał się za Pana Świata, pragnął żeby stolica jego imperium Samarkanda, była najświatlejszym, najwspanialszym i najpiękniejszym na świecie miastem, słynącym z pięknych pałaców, rzeźb, malowideł, sztuki i poezji, pomimo że on sam był przecież analfabetą. Stało się więc tak, że został Timur swoistym mecenasem sztuki. Zawsze zanim wyrżnął ludność jakiejś miejscowości, najpierw jego sprawnie działający wywiad powybierał wszystkich artystów i rzemieślników, żeby wysłać ich do Samarkandy.  To miasto, o którym piszą, że jest jedną z najstarszych zaludnionych miejscowości na świecie,  przeżywało w czasach Timura swój rozkwit i rozwijało się już nie tylko dlatego, że leżało na jedwabnym szlaku. Na początku XVI wieku wnuk Timura był inicjatorem zbudowania w Samarkandzie obserwatorium astronomicznego, najnowocześniejszego na świecie. Jego szczątki (obserwatorium) przetrwały do dziś.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Elektroniczne dusze

Niesamowity gość. Przez całe swoje życie był biedakiem i ćpunem. Współcześni mu Amerykanie lekceważyli go i pokpiwali sobie z tego co pisał. Jednak współcześni mu pisarze, którzy za jego życia uznawani byli za wielkich i odbierali prestiżowe nagrody powoli są zapominani, a o nim jest ciągle głośno. Philip K. Dick napisał kilkadziesiąt powieści, jedna z nich „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” została zaadaptowana przez filmowców i powstał słynny „Łowca androidów”. Film chociaż wypaczył zasadnicze przesłanie autora książki został jednak przez samego Dicka zaaprobowany. Być może ze względu na honorarium.

W powieści Dick stworzył sztucznych ludzi – androidy, tylko po to żeby dociec czym jest człowieczeństwo. Według wyrażonego przez niego poglądu człowiek wyróżnia się spośród innych stworzeń dzięki empatii  - zdolności współczucia. Powieściowe androidy, chociaż inteligentniejsze od ludzi i pod wieloma względami od ludzi doskonalsze, zdolności współczucia nie posiadają. Dlatego główny bohater – łowca zbiegłych androidów, żeby się upewnić czy ma do czynienia z robotem czy z człowiekiem przeprowadza test na współczucie.




Zasadniczym zadaniem łowcy androidów jest zidentyfikowanie i zniszczenie każdego androida. Zniszczenie. Początkowo Dickowski łowca nie myśli o niszczeniu sztucznego człowieka jako o zabijaniu. O tym właśnie jest ta książka. Stopniowo łowca poznaje androidy i ich naturę, budzi się w nim empatia, zrozumienie i współczucie. Wreszcie ludzka natura bierze w nim górę, zdaje sobie sprawę, że niszczenie androidów niczym nie różni się od 
zabijania ludzi. Nie jest w stanie dalej zabijać, mimo silnej motywacji finansowej. W filmie zrobionym według kanonu hollywoodzkiego łowca do końca pozostaje beznamiętnym zabójcą, a empatia budzi się w androidzie.




Z Dickiem związana jest też historia, która ma polski akcent. Stanisław Lem wcześniej niż inni dostrzegł w nim wizjonera, nakłonił Wydawnictwo Literackie do wydania jego powieści „Ubik”. Gdy Dick dowiedział się o olbrzymim nakładzie książki sądził, że otrzyma wysokie honorarium. Jednak gdy wytłumaczono mu, że musiałby przyjechać do Krakowa, żeby otrzymać niewymienialne złotówki poczuł się oszukany i stwierdził, że ta cała sprawa to spisek KGB i napisał długi donos  do FBI.


Joanici w Forcie Anioła

Czy byłeś może na Malcie? Ja jeszcze nie byłem, mam jednak kilku znajomych, którzy tam byli. Zwiedzali głównie Valettę, bo prawdę mówiąc poza tym miastem nie ma tam za bardzo czego zwiedzać. Wszyscy jednak, którzy je widzieli są zachwyceni jego stylem i klimatem, zabytkami, fortyfikacjami i stromymi uliczkami. Nie za duże jednak ci zwiedzający mają pojęcie skąd Valetta ma nazwę i jaka jest jej historia. Przyznaję, że też miałem o tym dość mgliste pojęcie, niby coś tam czytałem o joanitach na Malcie, ale nie do końca. Postanowiłem więc sprawę zgłębić, może tam się kiedyś wybiorę, z przecież zupełnie inaczej ogląda się miejsce, którego historię znamy. Łatwiej wtedy wczuwamy się w atmosferę, a nasze odczucia i wrażenia są podczas takiego zwiedzania o całe niebo bogatsze, mocniejsze, tym bardziej gdy  historia jest tak fascynująca jak ta, która wiąże się z powstaniem Valetty.



Człowiekiem, od którego nazwiska miasto wzięło nazwę był Jean de Valette wielki mistrz zakonu joanitów. Nazywają go także ostatnim wielkim krzyżowcem lub Żelaznym Starcem. W chwili inwazji Turków, przed którymi obronił Maltę w 1565 roku miał już 71 lat, a jeszcze wywijał w potrzebie mieczem. Zanim jednak de Valette zabrał się do fortyfikowania i umacniania Malty, rozbudowy Fort Anioła i budowy Fortu Świętego Elma, musiał najpierw skonsolidować Zakon i przywrócić joanitom wiarę we własne możliwości. Zwłaszcza, że byli oni zdemoralizowani pasmem militarnych porażek. Turcy wyparli ich kolejno z Cypru, Rodos i Trypolisu, a Joanici podzielili się na grupy narodowościowe, które wzajemnie się obwiniały o poniesione klęski. Zwłaszcza Hiszpanie i Francuzi.
Czas na niesnaski narodowościowe nie był jednak dobry. Mówi się, że Malta była ostatnim bastionem joanitów. Wielki mistrz Jean de Valette  potrafił to członkom zakonu wyperswadować i nagiąć wolę wszystkich frakcji tak, jak zgina się palce tworząc pięść. Właśnie o tą skonsolidowaną pięść rozbiła się turecka inwazja na Maltę. Około 40 tysięcy Turków, którzy przez 4 miesiące próbowali zdobyć pozycje joanitów i nie dali rady. Wreszcie odeszli, przypieczętowując największe zwycięstwo Zakonu w historii. W miejscu obrony powstało miasto nazwane Valettą, a każda rocznica dnia, w którym odeszli upokorzeni Turcy jest do dziś maltańskim świętem narodowym.




niedziela, 18 stycznia 2015

Biali i czarni, osobno i razem

Polski reporter Wojciech Jagielski  po kilku pobytach w Afryce Południowej pokusił się o opisanie dziejów apartheidu i jego zniesienia. Opisał wszystko pokazując zmiany w życiu i świadomości mieszkańców rolniczego miasteczka Ventersdorp położonego na transwaldzkim stepie zachodzące na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Z pewnością nieprzypadkowo wybrał miasteczko Ventersdorp, ponieważ właśnie z niego pochodził i w nim mieszkał Eugène Terre'Blanche, który został zamordowany przez swoich czarnoskórych pracowników w kwietniu 2012 roku. Eugène Terre'Blanche był przywódcą organizacji działającej na rzecz nie dopuszczenia do upadku polityki apartheidu, a później wspierającej białych przeciw czarnym. Przede wszystkim jednak był Burem, a historia Burów związana jest dość ściśle z powstaniem Republiki Południowej Afryki.



Dwie wojny

Burowie to rolnicy pochodzenia głównie niderlandzkiego, francuskiego, niemieckiego i brytyjskiego ale są wśród nich również rody pochodzenia polskiego. Osiedlali się w Kraju Przylądkowym na południowym wybrzeżu Afryki od XVII wieku. Wyparli ich stamtąd w XIX  wieku masowo napływający osadnicy angielscy. Burowie ruszyli w głąb lądu na północ, podobnie jak osadnicy amerykańscy na Dziki  Zachód i walcząc z plemionami murzyńskimi utworzyli swoje niepodległe burskie republiki. Anglicy próbowali ich podbić i podporządkować, pierwszą jednak wojnę z Burami przegrali. Kilkanaście lat po tej wojnie na terenie burskich republik zostało odkryte złoto i diamenty, co zdeterminowało Anglię do ostatecznego podboju. Humanitarni Anglicy przeprowadzili więc wojnę totalną niszcząc  miasta i zamykając ludność burską w obozach koncentracyjnych, w 1900 roku.



Apartheid, czyli osobno.

Po przegranej wojnie Burowie pozostali właścicielami swojej ziemi, chociaż już nie jako obywatele własnych republik ale jako poddani Anglii. Nadal więc to oni rządzili tym dominium brytyjskim, a później proklamowaną przez siebie republiką. Od początku stosowali politykę segregacji rasowej opartą na różnicy koloru skóry. Tylko biali uważali się za obywateli i mieli prawa wyborcze. Biali mieli osobne miasteczka i dzielnice, w których czarnym wolno było przebywać tylko w ciągu dnia. Czarni mieszkali osobno w czymś w rodzaju slumsów, nie wolno im było otwierać sklepów, głównie po to, żeby zapewnić obrót w sklepach białych. Do sklepu z mięsem na przykład nie wolno im było wchodzić, to sprzedawca wynosił im ze sklepu mięso, które jego zdaniem nadawało się dla czarnych. Czarni musieli chodzić do specjalnie dla nich przeznaczonych szkół, w których uczono ich tylko tego co zdaniem białych było murzynom potrzebne. Można powiedzieć, że czarni byli traktowani jako bydło robocze, potrzebne ale bez żadnych praw.

Taki absurdalny podział społeczeństwa powodował, że rządzący w RPA zostali napiętnowani przez światową opinię publiczną, zarówno poszczególne rządy jak i międzynarodowe organizacje obrony praw człowieka wywierały na nich naciski. Rosła też świadomość czarnoskórej części społeczeństwa, zwłaszcza w wielkich miastach nasilały się protesty i rozruchy. Poza tym ten absurdalny podział społeczeństwa był coraz bardziej kosztowny, w wielu przypadkach rządzenie takim państwem wymagało zwiększenia liczby urzędników, służb porządkowych i policji, a i tak w wielkich miastach coraz trudniej było kontynuować politykę apartheidu. Rząd RPA wydzielił teoretycznie niepodległe bantustany, rodzaj rezerwatów dla czarnoskórej ludności i finansował działalność niby rządów tych niby państw. Rząd, żeby zapewnić sobie przychylność około 3 milionowej rzeszy burskich farmerów subwencjonował rolnictwo, między innymi przez ustanawianie gwarantowanych cen skupu zbóż. Zastrzegł tylko dla białych wykonywanie niektórych zawodów, żeby zapobiec powstawaniu białej biedoty. Takie prace jak na przykład maszynista na kolei, czy monter telefonów czarni wykonywali prawie za darmo, a biali automatycznie dostawali za ich wykonywanie 5 –6 razy większe pensje. Ciągle zwiększały się wydatki na utrzymanie systemu segregacji rasowej. Biali z wielkich miast dążyli do jego zniesienia, dostrzegali jego idiotyzm, gdy na przykład biały chciał sobie usiąść w parku nie wystarczało znalezienie jakiejś ławki, musiała to być ławka dla białych. Zdarzały się też pomyłki, w kraju w którym całe życie zależało od wpisania przy nazwisku słowa – biały lub czarny – wpisanie omyłkowo przy urodzeniu słowa „czarny” do rejestru wiązało się z kłopotami.


Czarni i biali – razem.

Pomimo nienawiści czarnoskórej części ludności RPA do białych przejście z apartheidu do pełnej demokracji odbyło się bezkrwawo, bez żadnego rozliczania. Stało się tak głównie dzięki białemu prezydentowi F. W. de Klerkowi i przywódcy opozycji czarnoskórych Nelsonowi Mandeli, obydwaj otrzymali pokojową nagrodę Nobla. Nelsona Mandelę można porównywać z Lechem Wałęsą. Murzyni uzyskali wprawdzie prawa wyborcze i poza tym niewiele więcej. Z wyjątkiem tych, którzy dorwali się do rządu i samorządów pozostali biedni. Białym farmerom natomiast znacznie się pogorszyło, rząd czarnych przestał subwencjonować rolnictwo. Zniósł cła i taniej było sprowadzać żywność zza granicy niż uprawiać ziemię. Okazało się również, że kilka pokoleń specyficznej edukacji w południowo – afrykańskich szkołach skutecznie oduczyło czarnych od odpowiedzialności za cokolwiek. Przez całe życie nie posiadali niczego i byli nauczeni, a właściwie wytresowani, żeby tylko wykonywać polecenia.



Przekleństwo Piastów

Trudno byłoby zaprzeczyć, że Mieszko I zapoczątkował tworzenie polskiej państwowości. Jako pierwszy z polańskich władców zrozumiał, że w czasach w których żył bez przyjęcia chrześcijaństwa nie jest możliwe scalenie w jedno słowiańskich plemion i zapanowanie nad nimi. Sprawienie by poczuli się jednym narodem. Prawie całe życie poświęcił walce ze słowiańskimi bogami oraz ich kapłanami i żercami. Wspomagał chrześcijańskie duchowieństwo i umacniał je swoją siłą i powagą. Manewrował między papieżem i cesarzem, musiał nawet oddać cesarzowi syna jako zakładnika. Robił wszystko, żeby państwo polskie było jedną całością. Przygotowywał swego syna Bolesława do rządów i objęcia władzy nad całym niepodzielonym krajem. Jednak pod koniec swego życia postąpił jakby wbrew sobie i podzielił państwo i dał jego część swojej drugiej żonie i jej synom. Zapoczątkował tym samym coś co stało się przekleństwem pierwszych Piastów i wywołał wojnę domową między przyrodnimi braćmi. 


Bolesław Chrobry w końcu tę wojnę wygrał, chociaż z początku niewielu na niego stawiało, jego macochę i braci wspierali Czesi i część grafów niemieckich. Wygrał, ale kraj został spustoszony, wielu ludzi zginęło z powodu Ody i jej synów. Bolesław jednak scalił nasze państwo, nawet je rozszerzył,  przeniósł wojny poza granice. Ćwierć wieku dobrobytu i umocnienie chrześcijaństwa bardzo zjednoczyło ludność kraju, Polanie, Wiślanie i Mazowszanie poczuli się jednym narodem. Miał jednak Chrobry syna pierworodnego Bezpryma, którego wygnał i umieścił w klasztorze, przymusowo. Z dwóch młodszych synów, których miał z ukochaną żoną Emnildą, starszego - Mieszka wyznaczył na swojego następcę. Kształcił go i przyuczał do objęcia dziedzictwa, a młodszego – Ottona całkowicie odsunął od spraw państwowych. Bolesław Chrobry był na tyle silny militarnie i na tyle zręczny politycznie, że samo jego imię powstrzymywało sąsiadów przed wrogimi działaniami. Na wieść o jego śmierci wszystko się zmieniło.  
Mieszko II zwany też, chyba niesprawiedliwie Gnuśnym był jednym z najlepiej wykształconych władców Polski. Całe jego wykształcenie jednak na nic mu się nie przydało. Gdy rozeszła się wieść , że zmarł Chrobry jego podstarzały już syn  Bezprym uciekł z klasztoru i próbował uzyskać tron polski przy pomocy króla węgierskiego, a gdy to nie wyszło przy pomocy Rusinów. Jednocześnie lekceważony młodszy brat Otton uzyskał wstawiennictwo cesarza niemieckiego w sprawie przydzielenia mu części Polski. Mieszko został uwięziony przez Czechów,  tymczasem kraj pustoszyli Rusini, a Bezprym mordował jego stronników. Gdy zginął Bezprym Mieszka wypuszczono z więzienia, musiał złożyć hołd cesarzowi i zgodzić się na podział kraju. Zrzekł się tytułu króla i został księciem jednej z trzech części Polski, któyą podzielił cesarz. Po niedługim czasie scalił cały kraj pod swoim panowaniem, przekleństwo jednak działało dalej. Mieszko II miał dwóch synów. Pierworodny i nieślubny miał na imię prawdopodobnie Bolesław, niewiele o nim wiadomo. Jednak to jego wyznaczył Mieszko na swego następcę, bo wydał mu się silny i zaradny ale go do objęcia tronu nie przygotował. Młodszy syn Kazimierz, pochodzący z małżeństwa Mieszka z niemiecką księżniczką, której nie cierpiał, wydał mu się chorowity i słaby. Nie brał go więc pod uwagę jako swego dziedzica i przeznaczył do stanu duchownego. W rezultacie po śmierci Mieszka nie było żadnego przygotowanego następcy, poza tym autorytet władzy książęcej został mocno nadszarpnięty przez walkę między braćmi. Gdy zabrakło Mieszka nikt nie wspierał kościoła, możni walczyli między sobą, odłączyło się od Polski Mazowsze. Wielkopolskę najechał, złupił i spustoszył czeski Brzetysław, a na odchodnym przyłączył do Czech Śląsk i Małopolskę. W zniszczonej Wielkopolsce wybuchło powstanie ludowe i nawrót do starych wierzeń, niszczenie kościołów i zabijanie księży.