poniedziałek, 30 lipca 2018

Azzincourt, trupy w błocie


Wydawałoby się, że feudałowie francuscy powinni wyciągnąć wnioski z przegranych sromotnie bitew pod Crecy i Poitiers, tymczasem prawie 100 lat po tych porażkach wpakowali się z własnej woli w bitwę pod Azincourt. Nadal nie mieli żadnego wojska tylko cały czas bazowali na pospolitym ruszeniu, ciągle wierzyli, że o wyniku bitwy rozstrzyga tylko zmasowany atak ciężkozbrojnych. Jedyne jednolite oddziały, które posiadali i które można by nazwać wojskiem to genueńscy kusznicy, ale żaden z historyków nie stwierdził, żeby ich w jakiś sposób wykorzystano w bitwie. Przy tym panowie z różnych francuskich prowincji często kłócili się między sobą, a nawet w przeszłości walczyli przeciw sobie. Zdarzało się, że Burgundczycy na przykład wynajmowali angielskich łuczników do walki z innymi Francuzami.

Kilka lat prze bitwą pod Azincourt doszło do spektakularnej rzezi w mieście Saissons, które to wydarzenie odbiło się szerokim echem w całej Europie. Francuzi po zdobyciu miasta wyrżnęli nie tylko angielski garnizon ale również prawie wszystkich francuskich mieszczan. Informacje o tym trudno znaleźć w polskich źródłach, ja natknąłem się na nie w angielskim opracowaniu. Tak więc możnowładcy Francji stając do bitwy pod Azincourt byli nie tylko skłóceni ale niektórzy z nich musieli się wręcz nienawidzić. Stanowili dość bezładną kupę zbrojnych zebraną z różnych regionów kraju i nikt nimi tak naprawdę nie dowodził, chociaż formalnie ich dowódcą był Wielki Koniuszy. Jeżeli więc zdecydowali się zaatakować niewielką armię angielskiego króla Henryka V, zrobili to tylko dlatego, że widzieli swoją ogromną przewagę liczebną.

Historycy są zgodni, że szacowanie liczebności uczestników średniowiecznych bitew wiąże się z obezwładniającą bezradnością, jednak w większości opracowań dotyczących tej bitwy liczba Francuzów określana jest jako około 30 tysięcy. Liczebność Anglików trochę łatwiej oszacować, bo wiadomo, że wylądowało ich przy ujściu Sekwany  około 10 tysięcy, a w wyniku oblegania portowego miasteczka Harflur i zarazy, która podczas tego oblężenia wśród nich wybuchła podobno ¼ z nich poniosła śmierć. Po miasteczku nie ma już śladu ale gmina Harfleur wchodzi obecnie w skład terytorium Hawru. Anglicy musieli też zostawić w zdobytym miasteczku jakąś załogę, a na większe posiłki z kraju zapewne nie mogli już liczyć, bo wyprawa Henryka V z 10 tysięczną armią musiała być kosztowna i pochłonęła chyba wszystkie przyznane na nią królowi środki. Wyruszając więc spod zdobytego Hartfleur armia Henryka V nie mogła liczyć więcej niż 6 tysięcy ludzi, w znakomitej większości musieli to być łucznicy, bo ich król przywiózł z Anglii najwięcej.

Widząc ogromną dysproporcję sił francuscy możnowładcy rozpoczęli atak właściwie samowolnie, nie czkając nawet na zjechanie się całego pospolitego ruszenia. Częściowo kierowała nimi chciwość, bo w tamtych czasach najlepszym sposobem na wzbogacenie się w bitwie było wzięcie bogatego jeńca, za którego rodzina mogła wypłacić okup. W średniowieczu wypłacanie okupów rujnowały całe rody, a nawet zubażały państwa, przecież za króla Jana Dobrego, którego  Anglicy wzięli do niewoli w bitwie pod Poitiers wyznaczono okup równy dwurocznemu dochodowi Francji. Tak więc pod Azincourt francuskich możnowładców zaślepiła żądza zdobycia bogactwa, wiedzieli przecież, że  blisko naprzeciw nich jest angielski król, książęta i bogaci baronowie chronieni przez śmiesznie małą armię. Zlekceważyli fakt iż świeżo zaorane i namoknięte po mocnej ulewie pole bitwy ograniczone było z obu stron lasami. Nie mogli więc wroga oskrzydlić ani wykorzystać przewagi liczebnej tylko atakować na wprost wąskim frontem.


Armia Henryka V bardziej niż zgromadzeni przeciw niej Francuzi przypominała wojsko, zwłaszcza łucznicy. Byli zdyscyplinowani i mieli mocną motywację, bo nie mogli liczyć na niewolę ani litość w przypadku przegrania bitwy. Prawdopodobnie angielskie łuki nie mogły wyrządzić wielkiej krzywdy zakutym w płytowe zbroje Francuzom, gdyby tak było żaden z nich nie przeszedłby przez ostrzeliwane pole, bo 5 tysięcy łuczników mogło wypuścić 50 tysięcy strzał na minutę. Francuzi jednak przeszli, chociaż niektórzy tylko po to, żeby się oddać w niewolę. Łucznicy zmusili ich jednak do rezygnacji z koni, dla których strzały były zabójcze. Francuscy zbrojni musieli iść pół kilometra przez głębokie błoto pieszo, w ciężkiej zbroi i z zamkniętą przyłbicą. Na taki wysiłek nie byli kondycyjnie przygotowani i po dojściu do linii angielskiej byli tak zmęczeni, że nie byli w stanie walczyć nawet z łucznikami, którzy nie mieli żadnych zbroi ale mieli silną motywację. Łucznicy – przeważnie parobkowie, pracownicy rolni lub rzemieślnicy nie byli szkoleni do walki ze zbrojnymi ale gdy już wystrzelali cały zapas strzał nie mogli przecież patrzeć bezczynnie na bitwę, od której wyniku zależało ich życie, więc z pewnością pomogli angielskim zbrojnym.

Wyprawa Henryka V, która doprowadziła do bitwy nie miała żadnych celów strategicznych. Angielski król przedsięwziął ją tylko po to, żeby udowodnić Francuzom, że może swobodnie i bezkarnie przejechać od ujścia Sekwany do opanowanego wcześniej przez Anglików portu Calais, czyli przemaszerować przez spory obszar Francji.