sobota, 8 września 2018

Austriacki admirał


Wydaje się nie do wiary? Czy kraj bez pozbawiony trdycji morskich mógł mieć swoją marynarkę wojenną i to na tyle rozbudowaną, żeby znalazło się w niej miejsce dla admirała? Czy Austrię można w ogóle kojarzyć z marynarką wojenną? Owszem,  tak jako do cesarstwa należało przecież do nich całe północno wschodnie wybrzeże Adriatyku, przed utworzeniem Austro – Węghir w3 1867 roku. W 1864 roku miała miejsce wojna, a właściwie konflikt między Danią i Prusami o trzy graniczne księstwa należące do Związku Niemieckiego Szlezwiku, Holsztynu i Saksonię-Lauenburg. Bismarck wykorzystał duńskie dążenia do przyWyświetlłączenia tych księstw jako pretekst do rozpoczęcia wojny. Prusy sprzymierzyły się ze swoim największym rywalem na kontynencie europejskim, cesarstwem austriackim.

W ramach tego przymierza dwie austriackie fregaty przypłynęły z Morza Adriatyckiego na Północne. Po połączeniu się z trzema pruskimi kanonierkami starły się z  eskadrą duńską w sile dwóch fregat i korwety w tak zwanej bitwie pod Helgoland. Potyczka trwała kilka godzin i po wymianie strzałów austriacko - pruska flotylla uciekła przed duńską eskadrą. Austriacy jednak również odnotowali sukces, bo dzięki obecności ich fregat na Morzu Północnym flota duńska przestała blokować Bałtyk. Dowódca tych fregat komandor Wilhelm von Tagetthoff został więc mianowany kontradmirałem, pierwszym w  historii Austrii.


Wojna została rozstrzygnięta przez siły lądowe, Duńczycy musieli ulec miażdżącej przewadze sprzymierzonych wojsk pruskich i austriackich, którzy mieli 2 razy więcej żołnierzy  i armat. Duńczycy broniliby się pewnie znacznie skuteczniej, gdyby nie ich przestarzałe uzbrojenie. Musieli używać gładkolufowych, ładowanych od przodu muszkietów. Nieprzyjaciel mógł ich rozstrzeliwać z nowoczesnych karabinów z dalekich pozycji zanim wszedł w zasięg strzału z muszkietu. Mimo, że ciągle musieli się cofać to Duńczycy bronili się zaciekle, szczególnym bohaterstwem wykazali się w bitwie pod Dybbøl do dzisiejszych czasów upamiętnianej w każdą rocznicę.


Wygląda na to, że po wojnie Bismarck „rozdawał karty” przy układaniu Traktatu Wiedeńskiego, bo chociaż przyznał Austriakom Holsztyn – jedno z trzech spornych księstw, to przeniósł bazę pruskiej marynarki wojennej z Gdańska do Kilonii właśnie w Holsztynie. Widocznie już wtedy zaplanował pozbycie się Austriaków, co zresztą wkrótce nastąpiło. Oczywiście nie było mowy o powrocie tych księstw do Związku Niemieckiego, zostały wcielone do Prus wraz z częścią Danii, która się dostała pod zabór pruski. Chociaż całą północną część Szlezwiku zamieszkiwała głównie ludność duńska dopiero w 1919 roku udało się przeprowadzić plebiscyt i przyłączyć ją do Danii.



środa, 29 sierpnia 2018

Wielki i chiński


Chiny to wielki kraj, a Chińczycy ciągle przyzwyczajają nas do swojej potężnej skali. W ich kraju wszystko jest ogromne: wielkie miasta, wielkie pomniki, wielkie budowle, wielka Zapora Trzech Przełomów na rzece Jangcy, Wielki Mur Chiński, wielka terakotowa armia, No i wielkie rzeki, Jangcy jest największą rzeką w Azji i trzecią  co do długości na świecie, a Żółta Rzeka jest niewiele mniejsza. Nie dziwi więc fakt, że to właśnie w Chinach znajduje się najdłuższy wykopany przez ludzi kanał śródlądowy na świecie o długości 1800 kilometrów – dłuższy niż rzeka Ren.

Przedstawione graficznie wygląda to tak:
1 _
2 ________
3 ________________________________________________

1 Kanał Gliwicki – najdłuższy w Polsce kanał po którym pływają barki towarowe, długość 40 km.
2 Mitellandkanal, najdłuższy kanał w Europie, wiedzie przez prawie całe Niemcy ze wschodu na zachód łącząc ze sobą rzeki Łabę, Wezerę, Ems i Ren, długość 320 km. Przepłynąłem go kilkadziesiąt razy na różnych barkach i zawsze podziwiałem intensywność ruchu jednostek i jego wspaniałą infrastrukturę.

3 Grand Canal w Chinach, wiedzie z południa na północ i łączy ze sobą pięć wielkich chińskich rzek, wśród nich Jangcy przy której Ren wydaje się śmiesznie mały, długość 1794 km. Z pewnością ustępuje pod względem infrastruktury i obecnie nie wszystkie jego odcinki są wykorzystywane.

Powalająca jest jednak jego historia, bo jego pierwszy odcinek został wykopany w V wieku przed naszą erą. W tym czasie na terenie całej północnej i zachodniej cząści Europy szwędały się dzikie plemiona ni wiadomo nawet dokładnie jakie ale kanały śródlądowe były na pewno poza ich mentalnym zasięgiem. Poza tym w X wieku nasze ery Chińczycy zastosowali na tym kanale śluzy, którymi przemieszczali jednostki pływające z jednego poziomu wody na inny. Wzmianka o tym jest dość ogólnikowa, oznacza to jednak że wymyślili śluzy setki lat przed innymi.

Zdjęcia z wikipedii


poniedziałek, 30 lipca 2018

Azzincourt, trupy w błocie


Wydawałoby się, że feudałowie francuscy powinni wyciągnąć wnioski z przegranych sromotnie bitew pod Crecy i Poitiers, tymczasem prawie 100 lat po tych porażkach wpakowali się z własnej woli w bitwę pod Azincourt. Nadal nie mieli żadnego wojska tylko cały czas bazowali na pospolitym ruszeniu, ciągle wierzyli, że o wyniku bitwy rozstrzyga tylko zmasowany atak ciężkozbrojnych. Jedyne jednolite oddziały, które posiadali i które można by nazwać wojskiem to genueńscy kusznicy, ale żaden z historyków nie stwierdził, żeby ich w jakiś sposób wykorzystano w bitwie. Przy tym panowie z różnych francuskich prowincji często kłócili się między sobą, a nawet w przeszłości walczyli przeciw sobie. Zdarzało się, że Burgundczycy na przykład wynajmowali angielskich łuczników do walki z innymi Francuzami.

Kilka lat prze bitwą pod Azincourt doszło do spektakularnej rzezi w mieście Saissons, które to wydarzenie odbiło się szerokim echem w całej Europie. Francuzi po zdobyciu miasta wyrżnęli nie tylko angielski garnizon ale również prawie wszystkich francuskich mieszczan. Informacje o tym trudno znaleźć w polskich źródłach, ja natknąłem się na nie w angielskim opracowaniu. Tak więc możnowładcy Francji stając do bitwy pod Azincourt byli nie tylko skłóceni ale niektórzy z nich musieli się wręcz nienawidzić. Stanowili dość bezładną kupę zbrojnych zebraną z różnych regionów kraju i nikt nimi tak naprawdę nie dowodził, chociaż formalnie ich dowódcą był Wielki Koniuszy. Jeżeli więc zdecydowali się zaatakować niewielką armię angielskiego króla Henryka V, zrobili to tylko dlatego, że widzieli swoją ogromną przewagę liczebną.

Historycy są zgodni, że szacowanie liczebności uczestników średniowiecznych bitew wiąże się z obezwładniającą bezradnością, jednak w większości opracowań dotyczących tej bitwy liczba Francuzów określana jest jako około 30 tysięcy. Liczebność Anglików trochę łatwiej oszacować, bo wiadomo, że wylądowało ich przy ujściu Sekwany  około 10 tysięcy, a w wyniku oblegania portowego miasteczka Harflur i zarazy, która podczas tego oblężenia wśród nich wybuchła podobno ¼ z nich poniosła śmierć. Po miasteczku nie ma już śladu ale gmina Harfleur wchodzi obecnie w skład terytorium Hawru. Anglicy musieli też zostawić w zdobytym miasteczku jakąś załogę, a na większe posiłki z kraju zapewne nie mogli już liczyć, bo wyprawa Henryka V z 10 tysięczną armią musiała być kosztowna i pochłonęła chyba wszystkie przyznane na nią królowi środki. Wyruszając więc spod zdobytego Hartfleur armia Henryka V nie mogła liczyć więcej niż 6 tysięcy ludzi, w znakomitej większości musieli to być łucznicy, bo ich król przywiózł z Anglii najwięcej.

Widząc ogromną dysproporcję sił francuscy możnowładcy rozpoczęli atak właściwie samowolnie, nie czkając nawet na zjechanie się całego pospolitego ruszenia. Częściowo kierowała nimi chciwość, bo w tamtych czasach najlepszym sposobem na wzbogacenie się w bitwie było wzięcie bogatego jeńca, za którego rodzina mogła wypłacić okup. W średniowieczu wypłacanie okupów rujnowały całe rody, a nawet zubażały państwa, przecież za króla Jana Dobrego, którego  Anglicy wzięli do niewoli w bitwie pod Poitiers wyznaczono okup równy dwurocznemu dochodowi Francji. Tak więc pod Azincourt francuskich możnowładców zaślepiła żądza zdobycia bogactwa, wiedzieli przecież, że  blisko naprzeciw nich jest angielski król, książęta i bogaci baronowie chronieni przez śmiesznie małą armię. Zlekceważyli fakt iż świeżo zaorane i namoknięte po mocnej ulewie pole bitwy ograniczone było z obu stron lasami. Nie mogli więc wroga oskrzydlić ani wykorzystać przewagi liczebnej tylko atakować na wprost wąskim frontem.


Armia Henryka V bardziej niż zgromadzeni przeciw niej Francuzi przypominała wojsko, zwłaszcza łucznicy. Byli zdyscyplinowani i mieli mocną motywację, bo nie mogli liczyć na niewolę ani litość w przypadku przegrania bitwy. Prawdopodobnie angielskie łuki nie mogły wyrządzić wielkiej krzywdy zakutym w płytowe zbroje Francuzom, gdyby tak było żaden z nich nie przeszedłby przez ostrzeliwane pole, bo 5 tysięcy łuczników mogło wypuścić 50 tysięcy strzał na minutę. Francuzi jednak przeszli, chociaż niektórzy tylko po to, żeby się oddać w niewolę. Łucznicy zmusili ich jednak do rezygnacji z koni, dla których strzały były zabójcze. Francuscy zbrojni musieli iść pół kilometra przez głębokie błoto pieszo, w ciężkiej zbroi i z zamkniętą przyłbicą. Na taki wysiłek nie byli kondycyjnie przygotowani i po dojściu do linii angielskiej byli tak zmęczeni, że nie byli w stanie walczyć nawet z łucznikami, którzy nie mieli żadnych zbroi ale mieli silną motywację. Łucznicy – przeważnie parobkowie, pracownicy rolni lub rzemieślnicy nie byli szkoleni do walki ze zbrojnymi ale gdy już wystrzelali cały zapas strzał nie mogli przecież patrzeć bezczynnie na bitwę, od której wyniku zależało ich życie, więc z pewnością pomogli angielskim zbrojnym.

Wyprawa Henryka V, która doprowadziła do bitwy nie miała żadnych celów strategicznych. Angielski król przedsięwziął ją tylko po to, żeby udowodnić Francuzom, że może swobodnie i bezkarnie przejechać od ujścia Sekwany do opanowanego wcześniej przez Anglików portu Calais, czyli przemaszerować przez spory obszar Francji.


sobota, 9 czerwca 2018

Skała Gibraltaru

Wznosi się nad samym morzem i jest widoczna z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Była chyba ważnym punktem orientacyjnym dla starożytnych żeglarzy. Nazywali ją jednym ze słupów Heraklesa wyznaczającym granicę świata.


Miejsce jedyne w swoim rodzaju zarówno pod względem geograficznym jak i historycznym, cieszę się więc bardzo że udało mi się je odwiedzić. Sama skała robi na każdym ogromne wrażenie. Z jej szczytu można przy dobrej pogodzie obserwować Atlantyk, Morze Śródziemne, Europę i Afrykę.







Właśnie to strategiczne położenie tego niewielkiego półwyspu z ponad 400 metrową skałą spowodowało, że jego historia była bardzo burzliwa. Miejsce to znane jest już  od X wieku p. n. e. jednak dopiero w XI i XII wieku naszej ery Arabowie zbudowali tam pierwsze fortyfikacje, miasto i port. Od tego momentu skała była świadkiem wielu bitew, a miasto u jej podnóża było kilkanaście lub kilkadziesiąt razy oblegane, żeby w końcu przejść w ręce hiszpańskie. W 1704 roku półwysep opanowali Brytyjczycy i pomimo usiłowań hiszpańskich i francuskich nie dali go sobie wydrzeć. Gibraltar stał się ważną bazą brytyjskiej marynarki wojennej operującej na Morzu Śródziemnym i na Atlantyku. Jak bardzo ważną okazało się już podczas wojen napoleońskich, gdy admirał Nelson operując na Morzu Śródziemnym zniszczył francuską flotę pod Abukirem, a kilka lat później to właśnie z Gibraltaru wyruszył do swojej ostatniej bitwy pod Trafalgarem. Znaczenie Gibraltaru jako brytyjskiej bazy morskiej, a później także lotniczej oczywiście nie zmalało podczas I i II wojny światowej, po zakończeniu wojny zaczęło się jednak stopniowo zmniejszać. Obecnie na terenie Gibraltaru nie ma już wojska, utrzymuje się on z usług, turystyki i handlu. Gibraltarczycy nie chcą już chyba protektoratu brytyjskiego, ani nie chcą, żeby półwysep był administracyjnie częścią Hiszpanii. Mają własny 17 osobowy parlament i zapewne staną się odrębnym państwem.





 Na skale żyją bardzo sprytne małpki, które mimo że są karmione przez władze Gibraltaru i nigdy nie chodzą głodne wyspecjalizowały się w obrabowywaniu turystów z bananów, ciastek, itp. Potrafią błyskawicznie podbiec do człowieka, wdrapać się na niego i wyrwać z ręki jedzenie. Umieją również wskoczyć turyście na plecy i dobierać się do plecaka.